Na czym naprawdę polega rozwój?

Rozwój. To słowo słyszymy przez całe nasze życie. Wszędzie mówią nam, że mamy się rozwijać.

Współczesne słowniki języka polskiego notują następujące znaczenie terminu „rozwój”:

rozwoj-art

“W. Doroszewski 1965 t. 7 s. 1330-1331”]proces przeobrażeń, przemian, przechodzenia do stanów bardziej złożonych lub pod pewnym względem doskonalszych

„Słownik języka polskiego” z 1995 roku [t. 3 s. 123] określa „rozwój” jako:

proces przeobrażeń, zmian, przechodzenia do stanów lub form bardziej 1) złożonych lub pod pewnym względem 2) doskonalszych; także pewne (wyższe) stadium tego procesu, rozkwit, rozrost.
Patrząc na te definicje wywnioskować można, że rozwój może mieć miejsce na wielu płaszczyznach – fizycznej, psychicznej, osobowej itp. Jednak za wiele z tego rozwoju chyba nie wynika. Człowiek wciąż czuje, że coś mu brakuje i cierpi z tego powodu. Cierpi, że wciąż nie znalazł tego, czego szuka.

 Jednak musimy się rozwijać. I w całym tym rozwoju musimy zrozumieć, że ciemność, którą widzimy nie istnieje.  Człowiek sam sobie ją stworzył i sam teraz nie może jej usunąć, bo w tym co nas przeraża, najtrudniej właśnie dostrzec Stwórcę. Widząc tyle nieszczęścia na świecie, jak można powiedzieć, że On jest dobry i dobrotliwy? Ciężko…

Lecz cóż może być innego prócz miłości skoro wszystko dalej istnieje? Gdyby On powiedział – “Ziemio zrób coś dla siebie! “ – natychmiast zniknęlibyśmy z tego świata. Dlatego zawsze musimy iść za źródłami i za tym co nam podpowiada serce. Naprawiając się, robimy się Jego wspólnikami, a to z kolei powoduje w nas radość posłańca i nie ma już powodu by skarżyć się i żalić, stawiać w roli ofiary, że nic nie mamy. Zjedli, wypili i poszli, a ja biedny muszę teraz posprzątać. Użalanie się zawsze prowadzi do braku balansu w nas, do zachwiania stanu ducha. Lecz to tylko nasza egoistyczna percepcja pokazuje nam, że więcej straciliśmy niż zyskaliśmy i droga wytyczona przez Stwórcę jest nic warta. A On stworzył wszystko dla przyjemności stworzonego. Cały smutek i żal to wirus, ale tak być nie musi i nie ma tak być. On chciał nas pobłogosławić i dać całą obfitość. On kocha a my nie. On daje a my nie. My bierzemy a On nie. Świadomość tej odwrotności tworzy zupełnie nowe odczucie, nowe naczynie dla Światła i teraz ignorując swoje egoistyczne pragnienia, chcę Mu się całkowicie oddać, przyjmuję Jego chęci jako swoje. Jest tylko On i wszystko pochodzi od niego. I chociaż nie posiadamy niczego zawsze musimy dawać z siebie więcej, bo jedynie tak naprawdę odczujemy, że dostajemy, bo prawdziwe odczucie, że mamy (dostajemy) jedynie poznajemy w tym, że mamy co dać.

Źródła mówią, że jedyne co należy do stworzonego, to Irat ha Shem – czyli zniwelowanie siebie poprzez szacunek do wielkości Stwórcy. Ten szacunek to podnieść się ponad chęć otrzymywania (egoizm), czyli służyć następnemu stopniowi, stanąć w łańcuchu natury na swoim miejscu i podobnie jak martwy służy roślinnemu, roślinny zwierzęcemu, zwierzęcy mówiącemu, tak mówiący ma służyć wyższemu stopniowi i wtedy jest całością należącą (bo tego sam chce), do większej całości  – CZYLI CHCE Z MIŁOŚCI a nie z rachunku. Ten wyższy stopień powinien być w naszym odczuciu właśnie Stwórcą. To nauczyciel, którego sobie wybraliśmy. Wybraliśmy na Stwórcę.

 To jest sedno naszego rozwoju. Cel naszego rozwoju. Można zdobywać wszystko, całą możliwą wiedzę i bogactwo, ale nie dla siebie, tylko by służyć Jedynemu.